Reklama
  • Poniedziałek, 4 stycznia 2016 (11:00)

    Słowackie Tatry Wysokie. Tutaj przyjedź na ferie!

Grand Budapest Hotel? To właśnie tu. Hrabalowski hotel Praga? Ten sam adres. Słowackie Wysokie Tatry doskonale zachowały atmosferę sprzed stulecia. Być może to właściwości świeżego górskiego powietrza, ale wśród eleganckich hoteli, kameralnych pensjonatów i stacji kolejki wąskotorowej czujemy się jak w austro-węgierskim kurorcie. Albo w przedwojennej Czechosłowacji. Cuda się zdarzają.

Reklama

„Kiedy zaczynałem w hotelu Praga (...) Co rano o szóstej byliśmy na rewirze, taka niby parada – przychodził pan hotelarz, po jednej stronie dywanu stał ober i kelnerzy i na końcu ja, taki maleńki jak na pikolaka przystało, a po drugiej stronie kucharze i pokojówki, podkuchenne i bufetowa.

Pan hotelarz przechodził koło nas i sprawdzał, czy mamy czyste gorsy i kołnierze, czy nie powalane fraki i czy nie brakuje guzików, i czy buty są wyczyszczone. (...) Kelnerzy uczyli mnie, jak zawija się w serwetkę nóż i widelec, a ja czyściłem popielniczki i codziennie musiałem wyszorować kubełek na gorące serdelki, bo roznosiłem na stacji gorące serdelki”.

Grandhotele zawsze prześcigały się w jakości usług, zabiegów i restauracji.

Każdy, kto choć otarł się o restaurację Grandhotelu Praga w Tatrzańskiej Łomnicy, wychodzi przekonany, że to o niej właśnie pisał Hrabal w Obsługiwałem angielskiego króla. Zbieżność nazw to jedno (hoteli Praga w Czechosłowacji było mnóstwo), ale zgadza się właściwie i cała reszta. Jest i wyfraczony niegdyś, dziś ubrany w konserwatywny czarny garnitur maître d’, są uwijający się (niemłodzi, zawodowi, co nieczęste) kelnerzy starej szkoły doskonale radzący sobie w białych rękawiczkach i z wszystkimi językami, są i młodsi kelnerzy – piccolo – jak bohater Hrabala.

Rzęsiście oświetlona wielka jadalnia, wykrochmalone serwetki i niespotykany już zbyt często przesadny teatr serwowania. O tym, że czas jednak płynie, świadczy tylko wygląd hotelowych gości, którzy raczej nie „przebierają się do kolacji”, a na śniadania schodzą już na pół ubrani w stroje narciarskie. W ogromnym holu gigantyczna choinka. Za wielkimi oknami sali ośnieżone Tatry.

Uwaga, sport

Praha, nim stała się jedną z hotelarskich pereł powstałej w roku 1919 Czechosłowacji, była jednym z najnowocześniejszych projektów tego typu w schyłkowych Austro-Węgrzech. Palota Szallo, czyli hotel Pałac, zbudowała w środku słowackich Tatr słynna belgijska spółka Wagons Lits Cook.

I nim jeszcze ck monarchia odeszła do historii, sama obecność hotelu sprawiła, że do tutejszych półdzikich wówczas gór ruszyły tłumy europejskich arystokratów oraz nieherbowych bogaczy. Tatry stały się modne, w pobliskim Starym Smokowcu powstało uzdrowisko i górskie zbocze zaroiło się lekkimi, „szaletowymi” bryłami wymalowanych na kolorowo pensjonatów i hotelików.

Hotel Pałac tymczasem jako jedyny w okolicy działał przez cały rok, także zimą. I nie ma cienia przesady w stwierdzeniu, że to on, późniejszy Grandhotel Praga, odpowiada za pojawienie się w Wysokich Tatrach sportów zimowych. W Tatrzańskiej Łomnicy wybudowano tor saneczkowy i bobslejowy, zaczęli pojawiać się pierwsi narciarze.

Konne i piesze wycieczki po górach ustąpiły zimą miejsca wyprawom narciarskim. W 1911 roku bowiem Łomnicę ze Starym Smokowcem połączyła wąskotorówka. Towarzystwo eleganckie udawało się nią do wód (oraz licznych w Smokowcu kawiarni i restauracji), a wyczynowcy brali na ramię drewniane narty i podchodzili pod Smokowieckie Siodełko (Hrebienok), by triumfalnie zeń zjechać.

Goście, goście

W Starym Smokowcu stanął zresztą bliźniak Grandhotelu Praga. Budowany w tym samym czasie (a nawet nieco wcześniej ukończony) podjął rywalizację w dziedzinie jakości usług (!) z hotelem „z doliny”. Tatrzańska Łomnica kusi solidną cesarsko-królewską sanatoryjną architekturą? Stary Smokowiec zaleca się szwajcarskim górskim stylem szaletowym. Łomnica olśniewa królewskim holem z ogromną przeszkloną ścianą, przez którą widać góry?

Smokowiec stara się o miejsce w pierwszej dziesiątce najlepszych górskich hoteli świata. Pierwszy gości kompozytora Bélę Bartóka, prezydenta Masaryka, pisarza Karela Čapka i piękną Sonję Henie – pierwszą w dziejach mistrzynię olimpijską w łyżwiarstwie figurowym.

Drugi przyjmuje ostatniego saskiego króla, Fryderyka III Augusta, prezydenta Beneša i mistrza świata w narciarstwie, Toniego Sailera. W czasach nam bliższych – Łomnica szczyci się Jeanem-Claudem van Dammem i popularną w latach 80. piosenkarką Sandrą, a Smokowiec – Fidelem Castro i słynną „czeską lokomotywą”, czterokrotnym mistrzem olimpijskim w biegach długodystansowych Emilem Zátopkiem.

Dziś oba grandhotele, choć należą do tych samych właścicieli, nadal prześcigają się w jakości usług spa, w kombinacji zabiegów, w saunach, wewnętrznych i zewnętrznych basenach. I w restauracjach. Dzięki nim musimy zweryfikować obiegowe (zasłużone niegdyś) opinie o kuchni słowackiej z lat 90. i 2000. Wyjąwszy wciąż makabryczne doświadczenia kulinarne czekające na stokach narciarskich, w restauracjach karmią tu lepiej niż po polskiej stronie.

Jezioro ogromne

W roku 1872 nad brzegami (własnego!) górskiego jeziora postawił sobie domek myśliwski węgierski arystokrata z Liptowskiego Jana, Josef Szentiványi, człowiek bogaty i pełen fantazji. Już trzy lata później powołane z jego inicjatywy Węgierskie Towarzystwo Karpackie rozpoczęło budowę schroniska w miejscu, które wkrótce miało stać się najwyżej położoną tatrzańską stacją turystyczną (1346 m n.p.m.).

Szentiványi był z ducha pionierem, ale miał żyłkę do interesów.

Miejscowość Csorba-tó (lub Zirbener See) w 1905 roku była już znanym ośrodkiem sportów wspinaczkowych i oficjalnie noszącym tytuł uzdrowiska miejscem wypoczynku członków rodziny cesarskiej. Wtedy arystokrata odsprzedał ją państwu. Miejscowość nazywana po słowacku Štrbskim Plesem (czyli po polsku Szczyrbskim Jeziorem) rozrosła się błyskawicznie.

Tempo budowy willi, kąpielisk, kawiarń, pensjonatów i eleganckich hoteli było ogromne. Podciągnięte tu wkrótce tory sprawiły, że uzdrowisko stało się trzecim ekskluzywnym adresem na trasie kolejki. Najelegantsze wille przetrwały do dziś (choć w Czechosłowacji i przed II wojną, i po niej sprytnie zmieniono im nazwy) i nawet architektoniczne eksperymenty lat 70. i 80. nie zdołały do końca zabić atmosfery ekskluzywnego uzdrowiska z przełomu stuleci.

Sto lat, sto lat

Miejscowi półżartem mówią o tym, jak ważne w słowackich Wysokich Tatrach są stulecia. Około 1904 roku narodziła się tutejsza turystyka. A w 2004 – umarła. Wielki huragan połamał wtedy lasy w całym regionie. Żeby je całkowicie odbudować, potrzeba następnych stu lat. Veľká kalamita – wielki kataklizm – dosłownie zdmuchnął drzewa ze szczytów, zboczy, a nawet z dolin.

Las odrasta powoli, ale porośnie już zbocza z poszerzonymi trasami narciarskimi, z nowymi szlakami. Dekada spowolnienia miała jednak tę dobrą stronę, że Wysokie Tatry nie zmieniły się w sieć nowoczesnych ośrodków. Lekko opustoszałym miasteczkom ciągle bliżej do cesarsko-królewskich uzdrowisk niż współczesnych stacji narciarskich. Wyprawa tutaj zawsze jest podróżą w czasie.

Nigdzie w „najbliższej Europie” duch turystyki czasów belle époque i lekko melancholijna, schyłkowa atmosfera monarchii austro-węgierskiej nie są tak odczuwalne. Pod tym względem trójca Tatrzańska Łomnica – Stary Smokowiec – Štrbské Pleso nie zmienia się mimo zmian epok i ustrojów. Na całej tej trasie, jak na początku XX wieku, kursuje „elektryczka”, zachowując wciąż nietypowy, archaiczny rozstaw torów.

Zresztą jazda kolejką między Łomnicą a Štrbskim Plesem to wciąż tutejsza atrakcja. Jedzie się przyjemniej i wygodniej niż samochodem, nie trzeba liczyć się z ośnieżonymi serpentynami, a każda z mijanych stacji udowadnia, że jest częścią historii. Tak było za cesarstwa, za republiki, za faszystów, za komunizmu, tak jest i teraz. Najbliższą górską podróż kolejową o porównywalnej skali emocji i widoków znajdziemy dopiero w... Szwajcarii.

Co więcej, tutejsza kolejka wąskotorowa zachowała niemal bez zmian prawdziwy, lokalny skarb, jakim są dworcowe bary na końcowych stacjach. Powinno się objąć je państwową ochroną jako żywe pomniki kultury podróżniczo-kulinarnej, na których upływ czasu nie robi wrażenia. „Czapowane” piwo, mocna borowiczka, kultowy, choć niepijalny, „tuzemský rum”, gulasz z knedlem, zupa czosnkowa, parówki – menu niezmienne od lat. I ten charakterystyczny nostalgiczny zapach, który wszedł głęboko w ściany. Podróżni też jakby ci sami – narciarze, górale, czasem Cyganie, kolejarze jadący gdzieś dalej. Jakby rzeczywiście czas się zatrzymał. Tylko patrzeć i wzdłuż pociągu przebiegnie pikolak Jan Dítě – Hrabalowski bohater – sprzedając serdelki i nie wydając reszty.

Łukasz Modelski

Zobacz również

  • Nie musimy wyjeżdżać daleko za granicę, by podziwiać krajobrazy godne alpejskich lodowców. W Karkonoszach można także jeździć na nartach i regenerować się w ośrodkach spa. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.