Reklama
  • Środa, 27 listopada 2013 (11:00)

    Niskie Tatry na Słowacji

Ciągle chodzi się tu z turoniem i wspólnie śpiewa kolędy. Jakby nigdy nic. Dziwów zresztą mają tu więcej: w okolicy zbójował Janosik i grasował Nosferatu, ich ślady są na wyciągnięcie ręki. Można nawet uwierzyć w spotkanie z yeti. Tym bardziej że na słowackim Liptovie najwyraźniej wszystko jest możliwe. Witajcie u podnóża całkowicie odmienionego Chopoka.

Reklama

Tekst: Łukasz Modelski

Po ulicach Liptovskiego Mikuláša idą kolędnicy. Nie ma żadnej telewizji, prasy, nikt nie robi zdjęć. Idą, bo taki tu zwyczaj. I tyle. Dołączają kolejni w strojach ludowych albo „cywilnych”. Ci, którzy umieją na czymś grać, przynoszą instrumenty. Po drodze śpiewy, pogaduszki i grzane wino. Wesoło. Na rynku po odśpiewaniu hiperpopularnego Pojďme spolu do Betléma turoń zrzuca baśniową skórę i wskazuje najtwardszym kierunek – do najbliższego baru.

Na tym samym rynku jakieś 300 lat wcześniej zakończył życie słynny Janosik powieszony na haku za „posledne” lewe żebro. Nie była to śmierć szybka. Juraj Janosik był młody i silny, podobno tańcząc swój ostatni taniec, sam nadział się na hak, a wisząc na nim w oczekiwaniu końca, wypalił funt tabaki.

Można z całą pewnością przyjąć, że zdarzało mu się pomieszkiwać w jaskiniach Demänovskiej Doliny i chodzić „na zbój” trasami, którymi dziś do podnóża Chopoka suną skibusy. Gdzież indziej jeździ się na nartach tropem legendy?

Jak w kinie

Jeden z odcinków „polskiego” Janosika kręcono w nieodległym Oravským Podzámku, czyli Zamku Orawskim. Serial Jerzego Passendorfera powstał po czterech filmach czechosłowackich (ten z 1921 roku był pierwszym w dziejach czechosłowackim pełnym metrażem).

Dzięki Passendorferowi lekko zaognił się polsko-słowacki spór o „narodowość” zbójnika. Spór jałowy, bo żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku zbój był po prostu „miejscowy”. Tymczasem Oravský Podzámok, osada położona niecałe 50 km od Liptovskiego Mikuláša, to miejsce niezwykłe, o klasie i legendzie na skalę światową. Mieści trzynastowieczną twierdzę wielokrotnie w dziejach obleganą i bronioną, która jest zapisem historii Węgier, Polski i Austrii.

Oravský Hrad o strategicznym znaczeniu leżał przy szlaku handlowym, przez kolejne stulecia był oczkiem w głowie (i przedmiotem sporów) Hunyadych, Zápolych, Esterházych, Jagiellonów, Rakoczych i Habsburgów – najpotężniejszych rodów regionu. Ogromna budowla skrywa wiele tajemnic, najbardziej do wyobraźni przemawia jednak ta, że była pierwszą oryginalną siedzibą wampira Nosferatu. I nie ma w tym nic z naciąganych bajek, jakie opowiada się turystom w takiej, powiedzmy, Transylwanii.

Nie, ten zamek wydaje się znajomy każdemu kinomanowi. To tutaj powstał pierwszy i najważniejszy wampiryczny filmowy klasyk Nosferatu – symfonia grozy z 1921 roku Friedricha Wilhelma Murnaua. Brak niezliczonych wycieczek Amerykanów czy Japończyków to wyłącznie sprawa PR-owskiego zaniedbania władz regionu i... kwestia czasu. Na razie zamek można zwiedzać bez towarzystwa tłumów, za to nie da się bez towarzystwa przewodnika.

Chcesz wejść, musisz zapłacić za ponadgodzinne nudziarstwo, podczas którego nie zostanie ci oszczędzona nawet drobiazgowa analiza kolekcji wypchanych zwierząt (nawiasem mówiąc, dzieła dziewiętnastowiecznego polskiego leśniczego).

Nowy początek

„Prawdziwe życie” toczy się jednak u podnóża Chopoka. To dla niego przede wszystkim się tutaj przyjeżdża. Ruben, obywatel RPA, właśnie wszedł do chaty. Chwila odpoczynku i zmiana kursanta. Dziękuję mu, bo rzeczywiście dawał z siebie wszystko. „Tak uczymy w Południowej Afryce – uśmiecha się instruktor.

– Nie ma taryfy ulgowej, inaczej szef poszukałby sobie kogo innego”. Ruben popija napój izotoniczny i wita się z nastolatkiem, który nonszalancko opiera się o stojący snowboard. Południowoafrykański instruktor to żywy symbol przemiany, jaka się tu dokonała. Kiedy kilka lat temu Słowacja przystąpiła do strefy euro, praktycznie z dnia na dzień straciła turystów. No bo jaki sens jechać na narty tam, gdzie jest tak sobie, ale za to drogo? – pytaliśmy, zupełnie słusznie wybierając Alpy.

Największy słowacki atut – konkurencyjne ceny – zniknął, miejscowe góry wyższe nie będą, a narciarskie i hotelowe udogodnienia trzymały się standardu... środkowoeuropejskiego. Słowacy odpływ gości odczuli boleśnie i zabrali się do pracy. Dzisiaj to inny kraj – nowoczesnych kolejek linowych, nowych tras narciarskich, eleganckich, wygodnych pensjonatów, atrakcji dla dzieci i restauracji z jedzeniem w końcu nadającym się do spożycia.

Ruben zabiera swojego kursanta, ja w szałasie na stoku jem – tradycyjnie, na szczęście, tu nic się nie zmieniło – vyprážaný sýr s tatárskou omáčkou i czekam na kolejną lekcję. Ta okazuje się podróżą w czasie. Pod każdym względem. Mój nowy instruktor nazywa się Baloun (pamiętacie Szwejka?!) i tak też wygląda. Mam wrażenie, że brniemy przez śniegi jak w CK armii – dowodzący mną Baloun i ja. Jazda z Balounem to także podróż na Słowację sprzed lat, uczyć mnie chce mu się jakby mniej niż Rubenowi, a zasada „jak się nie wywrócis, to się nie naucys”, którą twórczo rozwijał Bogumił Kobiela w Wojnie domowej, bliska jest i jemu.

„No ładnie – myślę sobie – ale koronami płaciło mi się za to jakoś łatwiej niż euro”. Szczęśliwie nieruchliwy Baloun okazuje się jedynie zabawnym ekscesem – musiał przez chwilę zastąpić koleżankę, której przedłużyły się zajęcia. Alżbeta dobija po kwadransie i z prawdziwym poświęceniem bierze mnie w obroty. Mijają nas wolno ciągnący pod górę skitourowcy. Ten sport – jak w Polsce – jest tu coraz bardziej popularny (naliczyłem kilkunastu w ciągu godziny).

Odkąd północna i południowa strona Chopoka zostały połączone i bez przeszkód można przechodzić przez szczyt, schronisko na górze stało się obiektem pielgrzymek narciarzy, którzy podchodzą na „fokach” – pasach zabezpieczających nartę przed ześlizgiem – i zjeżdżają po drugiej stronie grani. Zabawa zdobywa wyznawców wśród kompletnych amatorów, a Nízke Tatry nie wymagają kondycji Rambo – ani odległości, ani wysokości nie są tu zbyt wielkie.

Blisko stąd do Polski, kameralniej niż w Vysokych Tatrach i – co nie bez znaczenia – wszędzie są tu gorące źródła, wokół których zbudowano ośrodki spa. W nich też wiele się zmieniło. Kilka lat temu sztandarowy, ogromny wodny park Tatralandia w Liptovským Mikulášu ujmował widokami rodem z Misia. Rodziny w strojach kąpielowych konsumowały tłuste specjały miejscowej kuchni (plus piwko), siedząc przy sosnowych ławach wzdłuż gwarnego basenu w obłokach pary bijącej z gorących źródeł.

Dziś nie ma po tym śladu. Jest nowoczesny ośrodek spa z pływającymi barami, przyzwoitymi restauracjami, saunami na europejskim poziomie i niezliczonymi atrakcjami dla dzieci. Można? Można. W dodatku nagle zaczęto tu jadać zupełnie inaczej. Oczywiście, dla najtwardszych pozostał i vyprážaný sýr, i „węgierski” lángoš i cesnaková polievka – miłośnicy tradycji mogą odetchnąć, ale poza tym jakby wszędzie zmienili się kucharze.

Zamiast piwa – coraz więcej gatunków miejscowego i czeskiego wina, zamiast gulaszu czy kotletów wieprzowych w mącznym sosie – duszona jagnięcina z rodzinnego stada czy wędzone na czereśniowym drewnie pstrągi z miejscowej hodowli. W restauracji wreszcie jest w czym wybierać. W końcu można także wybierać w restauracjach. A co najciekawsze (i wstrząsające dla kogoś, kto znał miejscowe standardy), obsługa wszędzie przeszła jakiś przyspieszony kurs uprzejmości, profesjonalnej pracy i... polskiego.

Nie dotyczy to jedynie policji, która po staremu z upodobaniem poluje na auta z polską rejestracją, „zapomina” bloczka z mandatami i „nie ma wydać”. Duch Janosika wciąż unosi się nad Liptovem.

Więcej na temat:Tatry | "Tatry" | Janosik | Nie

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.